Kiedy wycięte zostanie ostatnie drzewo, ostatnia rzeka zostanie zatruta i zginie ostatnia ryba - odkryjemy, że nie mozna jeść pięniedzy

Za szybko

piątek, 19.grudnia.2014, 23:58 • Komentarze (2) +
Za szybko. Wszystko się dzieje za szybko. Czas pędzi jak oszalały. Młody w niedziele skończył pół roku i zanim włączyłam komputer by o tym napisać już się zrobił piątek. Piątek? Jaki piątek. Jakie pół roku. Ktoś sobie jaja robi i mi poprzestawiał kalendarze w domu, przekręcił zegarki. Co się dzieje?!
Ale Młody nadąża. Ba! Ściga się z tym czasem, macha mu rączką i pogania mnie - starą matkę która ledwo nadąża garderobę mu wymieniać.
No bo co to znaczy że 5cio miesięczniak nie siedzi sam - a siedzi! bo siostra siedzi. A co to znaczy że ma nie stać? A stoi bo na górze są zabawki ciekawsze bo siostry. Bo odsuwają go od tych wszystkich fajnych klocków, małych laleczek i ich bucików. To się pełzać nauczył i nawet raczkować bo tak szybciej. A Młoda dobrym nauczycielem jest. Pokaże jak nóżki stawiać, asekuruje, to zabierze, to poda i wytłumaczy cierpliwie że za mały jest na te pyszności które ona je. A jak matka wieczorem załamana bo syn o 21 się budzi i płaczą oboje bo go uspokoić nie potrafi to jeszcze ze swojego pokoju krzyknie "daj mu cyca mamo to uśnie!"
Ale nie dosrastaj tak szybko! Klisze nie nadążamy zmieniać w aparacie, zdjęcia z karty na dysk przenosić! Chce się tobą trochę jeszcze nacieszyć, poprzytulać zanim powiesz że to obciach i ci wiochę przy znajomych robię
I boje się że jak pójdę do sklepu po resoraki to gdy wrócę i mu je wręcze to on puknie się w czoło bo on przecież z dziewczyną w góry jedzie - takimi zabawkami to on się bawił przecież 30sek temu czyli całe wieki.
Przecież już tak było że poszłam tylko na chwilę do łazienki zostawiając Cię takiego niemowlaczka w łóżeczku a wróciłam i ty stoisz na swoich nóżkach z miną jakbym znowu się spóźniła.



Wybaczcie, że krzesełko brudne jak stoły w TVN ale dopiero co obiad zjadł, bałam się że jak będę je wycierać to zanim zdjęcie zrobie to mi się na studia syn wyprowadzi.

Dwoje różnych ludzi

piątek, 29.sierpnia.2014, 22:52 • Komentarze (0) +
Nie da się nie porównywać dzieci. Naprawdę. Są różnicę jednak w tym jak się porównuje. Można porównywać oceniając, krytykując, a można też inaczej. By dostrzec jak bardzo każde z nich jest wyjątkowe, niepowtarzalne - jedyne w swoim rodzaju

Bo Młoda w tym wieku już łapała, już potrafiła sprawnie przekręcić kółko od zabawki, natomiast praktycznie nie podnosiła główki a na brzuszku położyć się w ogóle nie dała dopóki nie nauczyła się przekręcać. Młody od przypadku trafi rączką w zabawkę jednak położony na brzuszku próbuje już pełznąć (serio? 2 i pół miesięczne dziecko może próbować pełzać?) w stronę zabawek. Bo Młoda na początku testowała obie rączki by w końcu polubić tą prawą a Młodemu na dobrą sprawę prawą można schować za plecami i nie zauważyłby że jej nie ma dopóki by nie poczuł dysproporcję w wierzganiu podczas histerycznego płaczu - wszystko robi lewą ręką. Młoda płaczu używała jako podstawowego środka komunikacji który szedł w ruch jako pierwszy przy każdej okazji, ale krzyk miała cichutki, tatę obudziła dopiero gdy miała ok pół roku, Młody oszczędza krtań, woli delikatnie o sobie przypominać przez dobre 10-15 min a wydrze się w ostateczności ale tak że go w sąsiedniej kamienicy słychać. Ona, jak przyniosłam ją ze szpitala była taka malutka, drobna i delikatna że wieczorem bałam się ją przykryć czymkolwiek niż najcieńszym znalezionym kocykiem, wszystko inne miałam wrażenie że ją przygniecie i zadusi - bo za duże, za ciężkie. Jego po położeniu do łóżka przykryłam bez problemu przykryłam naszą kołdrą i żadnej obaw nie miałam. Ona mimo że praktycznie non stop "na cycu", zamiast smoczka, zamiast kołysanki, zamiast zabawki przybierała na wadzę malutko (chociaż w granicach normy), on potrafi się na piersi obrazić, wierci się przy nich, marudzi, złapie z łaski "w ostateczności" ale waży już ponad 6kg i jest naprawdę ogromny ;) Ona zabawki ignorowała - liczyła się tylko mama. Dopiero jak długo jej czymś przed głową potrząsałam to łaskawie na to zwróciła uwagę, tak samo mało mówiła, jednak doskonale potrafiła sobie wszystko sadzić do buzi ;) złapać za ucho czy chwycić palec dotykający jej nosa, precyzję miała niesamowitą. On jest gadżeciarzem 100%. Wszelkie mobile, książeczki, grzechotki, gryzaczki to coś co lubi najbardziej i potrafi go zająć na naprawdę długą chwilę, gugu, gli, ga, ge powtarza płynnie chociaż relatywnie rzadko, ostatnia próba wsadzenia sobie do buzi zabawki skończyła się tym że wylądowała ona na czole - po kilku próbach dał za wygraną.

Można tak wymieniać w nieskończoność. To dwoje różnych dzieci mimo że z jednych rodziców. To naprawdę niesamowite.

Oczywiście mają też wspólne cechy ;) - oboje mają podobną buzię (pomijając to że jedna była chudziutka druga jest bardzo pyzata), dla obojga ulubionym miejscem to przewijak, oboje nienawidzą swoich łóżeczek - no i mają najsłodsze bezzębne uśmiechy jakie kiedykolwiek widziałam

Historia pewnego kocyka

niedziela, 3.sierpnia.2014, 22:29 • Komentarze (8) +
W miesiącu w którym byłam w ciąży ale jeszcze o tym nie wiedziałam dostałam od mojego dziadka maszynę do szycia. Bo bardzo chciałam, bo każdemu człowiekowi się przyda. Potem przyszły okropne bóle brzucha, test ciążowy i raczej na aktywne jej używanie nie miałam możliwości.

Przeglądając internet znalazłam przykład jak samemu zrobić bardzo prosty kocyk-pokrowiec na fotelik samochodowy. Bardzo chciałam go zrobić. Długo szukałam materiałów doskonałych.

Międzyczasie na badaniu połówkowym lekarka stwierdziła problemy z serduszkiem. Takie malutkie, takie "niech pani się nie martwi", Ale nie można się nie martwić. Gin na wizycie powtórzył że to jeszcze nie jest czas na zmartwienia, że jeszcze wszystko w serduszku może się pozamykać. Mamy jeszcze czas. O wszystkim zadecyduje badanie w 30tyg. A my do tego czasu jakoś nie byliśmy w stanie nic kupować, nic szykować dla maluszka. Dziwaczna zapora. Siłą rzeczy szyć też nie szyłam. Wisienką na torcie był ciągły ból brzucha.

Podczas drugiego badania prenatalnego już niczego nie znaleźli. Zgodnie ze słowami lekarza dziurka zarosła. Można było rozpocząć zakupowo-twórcze szaleństwo.

Pomalowaliśmy pokój, pomalowaliśmy łóżeczko, znalazłam materiał.

W końcu pod sam koniec ciąży listonosz przyniósł paczkę z ogromnym kawałkiem materiału w urocze aparaciki. Zaplanowałam szycie na piątek.

W piątek przyszły skurcze i następnego dnia urodziłam.


Po 2 godzinach na brzuchu z powodu komplikacji które opisałam w poprzedniej notce zabrali Młodego na obserwację. Ja leżałam ciągle na porodówce, czekając na to aż zwolni się łóżko (sezon porodowy w pełni). ok godziny 13 wylądowałam w pokoju. Synek ciągle na obserwacji. W końcu po 15 albo i jeszcze później przychodzi pielęgniarka ciągnąc przed sobą wózek ze śpiącym maluchem. Moją małą ogromną kuleczką (chyba zapomniałam w poprzedniej notce napisać, że mierzył 56cm i ważył 3800g czyli spory chłopak). I pyta czy coś w ciąży wykryli z sercem bo badanie wyszło jakieś dziwne i nie wiedzą czy problem jest z sercem czy ze sprzętem. Gdy opisałam wyniki badań wzięli go na całą noc na kolejną obserwację a ja znowu zostałam sama z informacją że rano mi go przywiozą. Gdy jednak ranek przestawał być rankiem a zbliżał się obchód postanowiłam pójść - w końcu tyle dzieci, mogły zapomnieć. W dyżurce dowiedziałam się że nie mogę jeszcze odebrać bo jeszcze badają. Pytam się czy coś wykryły może. Kobieta lekko zaspana (pewnie jeszcze z nocnej zmiany) krzyczy przez drzwi do sali gdzie leżą noworodki "a dziecko pani X to zdrowe co nie?" w odpowiedzi słyszę "Nie, coś wykryli ale niech pacjentka wraca do pokoju i na obchód czeka". No to wracam. Czekam. Przychodzi lekarka z dzieckiem i mówi że zdrowe. Pytam się czy na pewno bo słyszałam coś innego. Odpowiada, że pewnie się pomyliły.

Ale ze mnie już nerwy zejść nie potrafią. Trzyma mnie tylko myśl że za chwile idziemy do domu. Że przecież jest zdrowy. Już go tyle badali że nic wykryć nie mogą. Potem pobrali mu krew - wysokie CRP załatwiło nam kolejną dobę w szpitalu. Ale antybiotyków nie zarządzili więc AŻ TAK źle być nie może. Pewnie niewielka pozostałość po stresującym porodzie. Mąż dzień wcześniej zostawił już fotelik w sali bo akurat tak się złożyło że prawie pusta była. By nie nosił tak tam i z powrotem. Myślę że to dobrze bo po obchodzie zapakuję do niego Dziedzica i ucieknę jak najszybciej - czekać będziemy w przyszpitalnym parku - tak pięknie zielony oświetlony jasnym czerwcowym słońcem - poprawi humor i pozwoli zapomnieć o stresie.

Na obchodzie lekarka mówi że nie idziemy do domu. To znaczy ja mogę iść ale On zostaje. Bo żółtaczka i trzeba pod lampy. Że mogę zdecydować czy chce zostać - ale muszę mieć świadomość że dziecka i tak widzieć nie będę bo w sali noworodkowej taki tłok że mnie po prostu nie wpuszczą, albo mogę iść do domu do córki. Ale zdecydować mam się szybko bo syn jak najszybciej musi zacząć kurację. Pozwoliła mu zostać do przyjazdu Taty. Gdy wyszła ja już nie wytrzymałam. Wiem że żółtaczka noworodkowa nie jest w dzisiejszych czasach bardzo niebezpieczna, zwłaszcza tak wcześnie wykryta. Wiem że to też nie miesiące rozstania, że jest w dobrych, doświadczonych rękach ale hormony, ciągła niepewność, to ciągle "jednak coś wykryliśmy", nagłe uderzenie że jestem "złą matką" bo "idę sobie do domu" zwyciężyły. Nie umiałam już zachować spokoju. Zwłaszcza wracając do samochodu z pustym fotelikiem.

Popołudniu dostałam nawał mleczny. Przypomniałam sobie jak to z Młodą było ciężko pod tym względem. Jak prawie straciłam pokarm, że teraz też może się to powtórzyć bo mimo że pod tym względem z Młodym wszystko szło idealnie to teraz po podaniu mu butli może nie chcieć bawić się w inny sposób karmienia. Nie ryczałam non stop tylko ze względu na córkę - w końcu dla niej tutaj jestem.

Wieczorem, gdy zasnęła wzięłam materiał. Wyjęłam maszynę i zaczęłam szyć kocyk. Pozwoliło mi to zająć myśli - zwłaszcza że ciągle coś mi nie wychodziło, prułam, odmierzałam na nowo i ponownie zszywałam. Tak do 1 w nocy. Przestałam ryczeć bo nie chciałam sobie palców poprzyszywać, przestałam myśleć o czymkolwiek innym bo inaczej wychodziło ciągle krzywo.

Na końcu gdy wycięłam otwory na szelki zorientowałam się że nie mam tasiemek do zabezpieczenia dziurek. Nie wiedziałam też jak ładnie wykańcza się dziurę po przełożeniu na drugą stronę. Z powodu braku czasu tych rzeczy do tej pory nie zrobiłam ale Młody nie narzeka ;)

Potem jeszcze została jedna niewiadoma czyli kiedy możemy go zabrać do domu. Bo system łączności z laboratorium się popsuł - przychodziły dziwne wyniki a oni bez potwierdzenia nie oddadzą dziecka, mamy czekać. Dzwonić mamy za godzinę.

Pod szpitalem zabawa w piaskownicy z Młodą bo może jednak już dzisiaj będziemy go mogli zabrać więc oszczędzimy czas na dojazdach.

Kolejny telefon - zniecierpliwieni absurdalnością całej sytuacji chcieliśmy zaproponować że sami do tego laboratorium pojedziemy ale nich będzie coś w końcu wiadomo ale w słuchawce usłyszeliśmy że już jest ok - bilirubina w normie, chodźcie odebrać syna.

Owinęliśmy go w kocyk, przypięliśmy pasami i odjechaliśmy. Teraz jest już tylko nasz a ja mogłam się wreszcie zacząć uspakajać.


Na pierwszym spacerze trafiła się nam pogoda markotna, zimna i pochmurna
I ja wiem że kocyk banalnie prosty do uszycia, bez żadnych fajerwerków, że nawet niedokończony ale dla mnie jest szczególnie ważny a przez to szczególnie piękny.

ps. Tutaj chce pozdrowić Danusię - dziewczynę z sąsiedniego łóżka, przez którą nie miałam czasu nic czytać. Tak dobrze się rozmawiało ;)

Jak to było tym razem - czyli poród

sobota, 28.czerwca.2014, 23:29 • Komentarze (6) +
Już minęły 2 tygodnie jak Młody jest po tej stronie brzucha. Już opuchlizna z buzi mu zeszła, już zaczyna sprawiać wrażenie że coraz bardziej rozumie o co chodzi w tej grze chociaż niekoniecznie się z tym jeszcze zgadza. Młoda raz jest siostrą idealną, raz córką wielce pokrzywdzoną. Dzidziuś został wygłaskany i obcałowany na wszystkie sposoby i w każde miejsce, mama została już 3 razy pogryziona i gdyby nie obcięte pazurki pewnie równie dotkliwie podrapana. Ale dziwić się nie mam zamiaru, właśnie martwiłabym się gdyby tak drastyczna zmiana w żaden sposób na niej nie odbiła. Znoszę to dzielnie ciesząc się że nie mści się na bracie który ma o wiele delikatniejszą skórę ode mnie. Przynajmniej zacieśniła więzi z Tatą który tym razem jest tym dobrym. Wypada zgodnie z blogowym zwyczajem napisać parę słów o tym jak to wszystko się potoczyło, tak dla siebie, dla potomności i dla tych których może to zainteresuje. Jak cię to nie interesuje to nie czytaj ;) ja się nie obrażę. Zaczęło się od tego że Tata stwierdził iż przegląd samochodu się za niedługo kończy, że miejsca w dowodzie rejestracyjnym na nowe pieczątki brak, że coś tam coś tam, przyznam się bez bicia że nie do końca słuchałam. Ogrom brzucha uciskał mi już nie tylko żołądek i jelita ale zapewne i mózg i uszy. Tak czy inaczej ogłosił że dobrze by Dziedzic postanowił wyjść w terminie niż po, bo potem możemy nie mieć samochodu. Jako dobry syn postanowił ojca posłuchać. Poranek 13 czerwca. Piątek. Z rana idę do łazienki i czuje że "coś się zaczyna". No tak. Poprzednim razem było tak samo więc jeszcze się nie ekscytuję jednak oznajmiam mej drugiej połowie że raczej bardzo tej ciąży chyba nie przenoszę ale niech jedzie do pracy. Tego dnia mieli odwiedzić nas też Dziadkowie więc W OSTATECZNOŚCI nawet oni mogą mnie do tego szpitala zawieźć a on nie jedzie na drugą stronę polski. Cały dzień miałam skurcze jednak nieregularne. Trochę przed godziną 14 zaczęłam odliczanie na poważnie. 15 min po raz pierwszy, 15 min po raz drugi. Zaczynam się trochę denerwować bo Mąż jeszcze do Ikei po jakieś ostateczne głupoty miał po pracy jechać, jeszcze z mechanikiem umawiać się na jakieś tam naprawy. A Dziadkowie wybitnie się spóźniają ku wielkiej rozpaczy Potomkini. Godzina 16. 10 min po raz pierwszy. 10 min po raz drugi... Dziadków dalej nie ma. A ja dochodzę do wniosku że piątek 13tego to chyba raczej średnia data urodzin ;) Dziadkowie wreszcie są Młoda tryska szczęściem. Ja mam skurcze między 10 a 7 min. Do szpitala się nie garnę. Nie mam jeszcze ochoty oglądać białą salę, przechodzić przez te wszystkie procedury, a M nie ma chociaż jedzie, mechanik nie mógł się pojawić (to bardziej chyba hobbistyczne jego zajęcie niż regularny warsztat) albo On już postanowił nie czekać - szczerze nie pamiętam ;) Wieczór (nie pamiętam godziny), po krótkiej naradzie, gdy skurcze są regularnie co 7 min Dziadkowie zabierają córę do siebie na noc, ale nie mówię jej, że TO JUŻ teraz, po prostu jedzie na noc do dziadków. Założyła plecak, dała buzi i szczęśliwa dała się zapakować do samochodu. Tata po chwili zmęczony poszedł spać. Ja zaczynam już chyba trochę denerwować. Skurcze przeszły na godzinę ;) Dla odstresowania szukam nowych seriali do oglądania bo ostatnio cierpimy na niedosyt. Odnajduję Hannibala. Tak. Nasze klimaty :P o 23 znowu się pojawiają. Regularnie co 5 min. Godzinę później budzi się śpiący królewicz. Oglądamy pierwszy odcinek przerywany wpisywaniem w notatniku kolejnych skurczy. Ciągle 5 min. Przed 2 w nocy ogłaszam spacer. Tak dookoła ulicy, obok kościoła, potem koło drukarni, drugi kościół, obok parku do którego nie wchodzę jak nie muszę bo się go boję. Pod samochód. Skurcze są co 3 min i to takie że już coraz trudniej mi chodzić. Bierzemy walizkę i pakujemy ją do bagażnika. Jedziemy do szpitala. Pod szpitalnym parkingiem zorientowaliśmy się że nie mamy gotówki na opłatę parkingową więc jedziemy do bankomatu. Za nami już powolutku ciągnie się jakiś samochód, ale go ignorujemy. Stajemy a oni stają obok nas. No tak. Psy ;) M. raczej się nie kwapi by im uprzyjemnić życie. My tam się cieszymy że sprawdzają, że działają, że nie siedzą na tyłkach czekając na zgłoszenie o pijanym kierowcy który wjechał w kolejnych pieszych, wiadomo - piątek w nocy to pewnie nie jeden teraz wraca z imprezy do domu, co jednak nie znaczy że potrolować sobie ich nie można. Klasycznie dmuchanie, prośba o dokumenty i pytanie "gdzie jedziecie i czemu w nocy". Na usta ciśnie się jakaś głupia odpowiedź jednak ja akurat mam skurcz a jak się trafi na jakiś mało inteligentnych to mogą próbować pokazywać że tu rządzą i skończyć się może tym że będę rodzić w samochodzie. Tata zatem odpowiada szybko i tak zimno jak to się tylko da "do porodu". Panowie miękną i odjeżdżają. Jeszcze tylko rozmienić gotówkę, zaopatrzyć się w batoniki na wypadek wielogodzinnego głodu (dla Niego bo wiadomo że mimo że to ja się będę męczyć to muszę na czczo :P ). W szpitalu wszystko idzie o dziwo szybko i sprawnie. Nikt mi nie próbuje udowodnić że jednak nie rodzę. Po wypełnieniu niezbędnych dokumentów zostaję skierowana do pokoju gdzie się mogę przebrać, dostaję opaskę na rękę i idę na porodówkę. Normalnie szok, mając w pamięci poprzedni raz i ponad 8 godzin w izbie przyjęć (wybrałam tym razem inny szpital ;) ). Na sali porodowej jestem sama. Taki to mamy sezon porodowy że cały oddział tylko dla mnie. Jest godzina 3 w nocy. Potem już nie liczę czasu, na sali brak zegarka. Szybkie badanie i okazuje się że mam rozwarcie na 1,5-2cm. Szlak. Tyle godzin skurczy, chodzenia po mieszkaniu by to wszystko przyśpieszyć, a ja mam rozwarcie takie same z jakim chodzę od prawie 2 tygodni. Już widzę kolejny 20to godzinny poród. Lekka załamka i skurcze wracają na 7-5 min. A Tata w najlepsze mi mówi żebym urodziła do 9tej to... i tutaj roztacza swoje plany na dzisiejszy dzień. Chodzę, chodzę. Skurcze są coraz silniejsze ale rozwarcie się nie zwiększa. Ja dochodzę do wniosku że bez sensu że tak wcześniej chodziłam, że poszliśmy na spacer bo teraz już jestem zmęczona a pewnie dzisiaj nie urodzę, albo znowu będą mi pęcherz przebijać, oksytocynę podawać bo wszyscy będą mieli dosyć mnie i tego że "tak się wlekę". Skurcze ewidentnie idą już z krzyża. Pięknie. Czyli tutaj już na bank powtórka z rozrywki i najgorsza forma bólu porodowego. Boli coraz bardziej, jakaś położna daje mi czopek który nie pomaga. Jestem coraz bardziej wkurzona brakiem postępów i coraz większym bólem, posyłam M by dowiedział się jak wygląda sprawa znieczulenia. Za przeproszeniem - pierd* ja się męczyć drugi raz nie mam zamiaru. Znieczulenie okazuje się darmowe (ooo a jednak się da! 4 lata temu było to niemożliwe, albo po prostu w tamtym szpitalu tak oszczędzają) ale muszę mieć 4cm rozwarcia, informują mnie że znieczulenie skraca pierwszy etap porodu ale z powodu tego, że nie czuje się skurczy wydłuża się drugi etap, ja odpowiadam że za pierwszym razem byłam tak zmęczona że i tak nie wiedziałam kiedy są a drugi etap trwał prawie godzinę więc nie widzę różnicy. Położna proponuje mi pójść pod ciepły prysznic ale na dłużej - tak min 30min. Rzeczywiście trochę pomaga a ja się zastanawiam czy dostanę rachunek za wodę przy wypisie ;) Kolejne badanie - JEST 4cm. Przypomnienie o znieczuleniu, położna mówi że ok ale mam czekać na lekarza, do jego przyjścia proponuje mi gaz rozweselający. Do tego muszę się położyć, muszą też przy tym monitorować tętno dziecka. Jedna uwaga jeśli będziesz rodzić i będziesz miała skurcze od krzyża - NIGDY NIE DAJ SIĘ POŁOŻYĆ NA DŁUŻEJ. Oprócz wody najskuteczniejszym sposobem na łagodzenie tego bólu jest ruch. Pozycja pionowa. Zapomniałam o tym i przypomniałam sobie przy pierwszym skurczu leżąc. Wygenerowałam mały paradoks bo ryczałam wdychając gaz rozweselający - a wydaje mi się że po tylu latach migren mam trochę wyższy prób bólu. NIC nie pomógł, kompletnie NIC. Trzyma mnie tylko myśl że za chwile przyjdzie lekarz, wbiją mi tą ogromną igłę w kręgosłup i przestanie boleć. Przychodzi lekarz i mówi że mam 8cm. Czyli na znieczulenie za późno ;) Ale też końcówka coraz bliżej. Pęcherz w końcu pęka i tutaj zaczyna się już mniej ciekawie bo okazuje się że wody są zielone. Zaczynam panikować. Dostaje skurczy partych. Przy 8cm. Przypomina mi się znowu pierwszy poród ze skurczami partymi przy 6cm i zaczynam jeszcze bardziej panikować. Panika podczas porodu to zło. Psuje wszystko. Sprawia że traci się kontrolę nad sobą a ona jest teraz naprawdę ważna - zwłaszcza gdy nie wolno ci przeć a każda komórka twojego ciała tego pragnie. Na szczęście nie trwało to kilku godzin, nie wiem ilę, nie bardzo wiem jak to przetrwałam. Wiem że raz się udawało, raz nie. W końcu było 10cm ale dalej nie mogłam przeć. Przyszła lekarka. I jak za pierwszym razem kompletnie nie pamiętam samego drugiego etapu i pojawienia się Młodej tak teraz pamiętam to dokładnie. I to że też super nie było. Młody owinął się pępowiną. Miał sine rączki i nóżki i na początku nie oddychał. Dostałam szybkie polecenie by oddychać za niego, głęboko, spokojnie, przez nos. Dla nas trwało to wieki a tak naprawdę cała akcja trwała kilka sekund - może minutkę. W końcu zaczął się drzeć jak należy, obejrzeli szybko i położyli mi go na brzuchu. Wyraźnie niezadowolony z tego że tak jasno, że tak głośno i przede wszystkim: MATKA GDZIE CYC?! 9:30. Tak jak przewidział Tata. Noo może z 30 min obsuwka ale kto by tam liczył ;)

Daliśmy radę

sobota, 14.czerwca.2014, 12:39 • Komentarze (6) +
Daliśmy radę!